Podkorowa pauperyzacja.

Kiedy byłam w liceum, miałam świetną paczkę. Dziewczyny były z mojej klasy, chłopaki z technikum. Razem byliśmy prawie bohemą. Urywaliśmy się z lekcji i spędzaliśmy czas w BWA (Biurze Wystaw Artystycznych), które prowadziło przyjemną kawiarenkę na półpiętrze.  Przesiadywaliśmy tam godzinami dyskutując o książkach, filmach, muzyce, historii sztuki, teatrze i o wszystkim, co piękne. Albo brzydkie, ale za to o niezwykłej artystycznej wartości. W domach słuchaliśmy Trójki i Tomka Beksińskiego na Dwójce w Wieczorze Płytowym i zamiast czytać Chłopów, czytaliśmy Kunderę. Polonistce się to nie podobało, bo wolała wyhaczać nas na Chłopach zamiast na Śmiesznych Miłościach. Więc Chłopów w sumie też czytaliśmy, choć niechętnie i przeskakując całe fragmenty.

Pamiętam jak pewnego dnia umówiliśmy się na prywatkę. Pierwszą prywatkę w naszym zacnym gronie. Dziewczyny w EMPIKu kupiły brytyjskie wydanie Cosmopolitana za szalone pieniądze, po czym wszystkie go przeglądałyśmy w pogoni za sukienką, jaką planowałyśmy sobie uszyć na party. Ciocia Renia uszyła mi małą czarną, którą kochałam przez całe lata. Była moją Cosmo-Kiecką.

Tak oto na prywatkę byłyśmy wystrojone. Chłopaki przyszli pod krawatem, w plecaku przytargali szlachetne alkohole, które może zawinęli rodzicom z barku pod kluczem. Piliśmy mieszane drinki tego wieczora i słuchaliśmy Elli Fitzgerald oraz Milesa, bo Milesa zawsze się dobrze słuchało. Potem wymiotowaliśmy do muszli klozetowej.

Kiedy byłam w liceum, nie miałam chłopaka i czułam się brzydkim kaczątkiem. Podkochiwałam się chwilami w jednym takim z naszej klasy, ale on miał głowę w chmurach i wcale mnie nie widział. Poza tym przyjaźniliśmy się i to było nawet fajniejsze. Raz zadzwoniłam do chłopaka z klasy wyżej i przez parę miesięcy gadaliśmy sobie przez telefon. W końcu jednak wykombinował kim jest telefonistka no i usłyszałam jak w głowie głos mi szepce: goodbye.

Dzisiaj, kiedy myślę o czasach liceum, lubię siebie. Lubię tamten czas i lubię siebie w tamtym czasie. Sama szkoła zahaczała rzecz jasna, jak to szkoła, o mniejszą lub większą patologię ale za to, to nasze „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”! Jakaż to była gratka, dla młodych naszych umysłów, które pootwierały się nam jak kielichy kwiatów. Pomimo braku łączy internetowych, myśli zasuwały w naszym networku z prędkością i jakością godną podziwu. Cały smak, gust, styl, cała nasza dorastająca osobowość szlifowała się w tym czasie z obsceniczną wręcz precyzją. To wtedy powstał mój crème de la crème, ta część mnie, która rozszalała we mnie ciekawość świata i wszystkiego co nietuzinkowe, a przy tym porywające i piękne. Narodził się we mnie smak, który wpisał się w linie mojego sufitu, jak ten smutek w wierszu Eluarda.

A potem nastały wieki ciemne. Zaciągnęły się czarne chmury nad moją rozświetloną duszą i nawet Miles już nie mógł mi pomóc. Moje życie założyło gumiaki i ruszyło przez błoto do przodu. Studia bez serca, praca bez serca, ogólnie życie bez serca to było.  I wreszcie ona… ucieczka do Ameryki, krainy gdzie niebo jest wyżej i gdzie kwitną różowe magnolie.

Nowy Jork kochałam, jak ryba, która kocha ocean. Obudził we mnie mój crème de la crème, więc znów lubiłam siebie. Kiedy parę lat później postawiłam nogę na dalekim Zachodzie, wpadłam niemalże przez noc w mentalną komę na lat kilka. Taki wpływ miała na mnie Kraina Kubusia Puchatka, słoneczna Kalifornia, która na pierwszy rzut oka, myślą nie grzeszy, za to zamieszkujący ją surferzy grzeszą nieustannie, prężąc najpiękniejsze torsa stylem antycznych Adonisów. Więc się zawiesiłam i zagapiłam. Mój crème de la crème zaległ na kanapie w komórce, a kurz pokrywał jego srebrne włosy, konsekwentnie.

W te święta pojechaliśmy do Paryża. Rodzinny zjazd, jaki wzorem najeźdźców Huńskich ( Hunowie – lud koczowniczy który najechał Europę około roku 370) zgotowaliśmy naszej drogiej kuzynce, okazał się być strzałem w dziesiątkę. No i w crème de la crème, który wyrwany przez Paryż z prawie 100 letniego snu, zwariował ze szczęścia. Głodny, wyposzczony, rzucił mi się mój crème de la crème w ten obłęd kulturalny, jaki Paryż oferuje niby to mimochodem. Nonszalancki skurczybyk z nieograniczonym potencjałem. Brr… nie ma nic bardziej irytująco pasjonującego. Więc zwariowałam. And so did my crème de la crème.

Kiedy powróciłam do domu, via ocean i ląd cały, długo siedziałam we własnej głowie. Oczy zamknięte, paryskie obrazy na wyimaginowanym ekranie. A kiedy tak człowiek siedzi w ciszy i tylko obserwuje duszy drgania, wtedy i myśli różne mu do głowy przychodzą. Więc i mnie do głowy przyszła myśl… że kiedy ja zastanawiałam się, jak tu się wpasować w kalifornijski vibe, mama Ameryka zafundowała mi pełną, niczym nieograniczoną pauperyzację. Full Lumpenproletariat. Wypad z kulturalnej beczki. Podstępem i w swego rodzaju dozach – jak mniemam – zrobiła ze mnie Ameryka „homo non-culturales”. A ja, taka zawsze przemądrzała, w ogóle się w tym nie połapałam. Czujecie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s