Komu bije dzwon ten oddech łapie…

Młoda mniszka z ogoloną głową, odziana w skromną, brązową szatę, usiadła pod drzewem i zamieniła się w oddech. Aksamitny dźwięk wydobył się z dzwonu, a po nim nastała cisza. Spojrzała na nas z zaciekawieniem. Zaśpiewajmy, powiedziała. Tu i teraz. Cudowne tu i teraz, zanuciła, i zamieniła się w melodię. Kiedy skończyliśmy śpiewać, przeciągnęła po nas spojrzeniem, wzorem kota, który wyciąga najpierw jedną łapę, potem drugą łapę, a za nimi falą rozciąga się całe kocie ciało. Aż po czubek ogona. Tak na nas spojrzała. Uważnie.

Peace

Kiedy oddychasz bądź oddechem. Zrób wdech i poczuj swoje ciało. Zrób wydech i uśmiechnij się do swojego wnętrza. Uważność polega na tym, by robić jedną rzecz w danej chwili. To wszystko. Jedną rzecz w danej chwili. Brzmi prosto, ale proste nie jest. Wymaga praktyki, nieustannego ćwiczenia. Bycie tu i teraz, kiedy umysł chce chodzić na myślowe wycieczki to trudna sprawa. Trzeba praktykować uważność. We wszystkim co robimy. Kiedy spaceruję, robię to świadomie. Kieruję uwagę na prawą nogę, która robi krok do przodu, a potem na lewą i tak aż dojdę do celu. Nie ulegam myślom, które tylko czekają by mnie porwać. Jestem tu i teraz. Obecna w chwili. W oddechu. W ciele. W emocji. Z emocją, kiedy się pojawia, trzeba usiąść. Trzeba ja poczuć, odczuć, pobyć z nią. Nie zagłuszajmy emocji. Raczej pozwólmy im być i my bądźmy z nimi. Wtedy pozwalamy im się wyciszyć. Wtedy przychodzi zrozumienie. Celem jest wyzwolenie. Od bólu i cierpienia – tak mówiła do nas ta mniszka, a my słuchaliśmy jak zaczarowani.

Było w niej coś rozczulającego. Mówiła o rzeczach ważnych ale czasem wpadała w mały chichocik. Jej łysa głowa, drobne ciałko i te oczy w które można było wpaść…Siedziała skromnie, na krześle pod drzewem, otoczona tylko naturą, wyrwana ze świata pospiesznych ludzi i telewizji kablowej. Była tak prawdziwa, że wydawała się być nierealna. Zupełnie nierozproszona, była jak dzban na energię, która wypełniała ją po sam czubek, choć wcale się nie przelewała. Jeśli moment trwa, to ona trwała w momencie. Otulona nim jak jedwabnym kokonem i magnetyczna taka. Może nawet trochę wibrowała… sama nie wiem.

Ostatnią niedzielę spędziłyśmy w buddyjskim klasztorze. Raz na jakiś czas, w Deer Park Monastery w Escondido, mnisi otwierają się na ludzi takich jak my, ze świata zewnętrznego. Przyjmują nas cisi, pokorni, uśmiechnięci i cierpliwie tłumaczą czym jest uważność i dlaczego bycie obecnym w chwili ma potencjał transformacji. Dzielą się tym pięknym miejscem w którym żyją, pracują i praktykują. Szykują posiłek dla gości i uczą ich jak celebrować jedzenie. Bezgłośnie. W skupieniu. Było nas może ze sto osób. W świecie poza uważnością, taki tłum bzyczałby jak ul. Tutaj jedliśmy w totalnej ciszy pogrążeni w czymś co mnisi nazywają medytacją jedzenia. Smakując kęs po kęsie. Delektując się smakiem. W życiu codziennym wrzucamy zazwyczaj w siebie jedzenie w pośpiechu, bezmyślnie oglądając równocześnie telewizję, odpowiadając na texty i rzucając zdawkowe, kompletnie oderwane od czegokolwiek mhm do tych wszystkich, którzy podejmują próbę zagadania. Sam moment jedzenia zapada się w tym procederze jak ołów, który beznamiętnie idzie na dno. Posiłki stają się całkowicie mechaniczne, jedzenie nie ma nawet smaku. A przecież bez jedzenia człowiek żyć nie może. Podobnie jak bez powietrza. A tymczasem oddech też zazwyczaj mamy płytki, przyczajony na powierzchni, szybki, zmęczony. Udręczonym oddechem oddychamy na co dzień i nawet przez moment nie myślimy o tym, że oddychanie to nasza praktyka życia. To ten podstawowy proces z ustaniem którego ustajemy my. Ostatni oddech wydajemy transformując do innego świata. Czemu więc, kiedy życie trwa, oddychamy jakbyśmy nie oddychali wcale? O tylu rzeczach pamiętamy w codziennym ferworze lecz o oddychaniu notorycznie zapominamy.

Ok. Niełatwo jest pamiętać, ktoś mi powie, o podstawowej funkcji życiowej (i sarkazm jest tu celowy), jak życie to mieszanka wybuchowa. Na wszystko jednak jest sposób, a jeśli nie sposób, to na pewno aplikacja. U mnichów w klasztorze co jakiś czas bije dzwon. Odkładają wtedy wszystko to co w danej chwili robią i biorą trzy głębokie oddechy. Potem jeszcze raz trzy i jeszcze raz trzy, zanim powrócą do tego cokolwiek robią.

Może zatem, idąc za wzorem skromnych mnichów, niech każdy z nas w swoim komórkowym klasztorze (bo nie ma się co czarować, nasi bogowie żyją w urządzeniach elektronicznych jak w najświętszych ze świątyń) zainstaluje własny dzwon. Może być taki prosty dźwięczny albo melodyjnie rozbudowany. Byle był dzwon. Bo komu bije dzwon ten oddech łapie.

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jedna uwaga do wpisu “Komu bije dzwon ten oddech łapie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s