Pięć lat po orbicie.

7 lutego 2013 roku kobieta o zielonych oczach ułożyła mnie do snu. Kiedy się obudziłam nie miałam cycków, ale chuj tam! Zrobiłam sobie nowe. W Wigilię, jeszcze tego samego roku Wes, mój małżonek, złożył toczoną zmartwieniami głowę w mojej perfekcyjnej, silikonowej dolinie.  Dzisiaj mija pięć lat, pięć lat, które otwierają przede mną kolejny, nowy rozdział. Teraz to już nawet sama medycyna pewnie przyzna, że jestem cancer free. Wolna od raka. I ten wpis jest właśnie o tym.

Cortazar wymyślił kiedyś, bodajże w Grze w Klasy, że czas to taki mały robaczek, który chodzi i chodzi. Dla jednych szybciej dla drugich wolniej, ogólnie jednak, choć jest całkiem niezależny, podlega w pewnym stopniu małym manipulacjom i wpływom. Z drugiej strony,  jak zapytacie niejednego Einsteina to Wam powie, że czas to twór względny i to jak chodzi jest równie względne. Na co Cortazar rzecz jasna odpowie: „chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć”. No czyż nie jest piękny ten argentyński Julio? Autor doskonały? Władca perpetuum mobile, ciągłego ruchu?

Mój czas szedł swoim niezakłóconym trybem do grudnia 2012 roku. Wiodłam wtedy życie lekko obłędne, w dużym stopniu pozbawione sensu, choć na pierwszy rzut oka wyglądające na zorganizowane i pod kontrolą. Nic bardziej mylnego. Bo i wrażenie, zwłaszcza to pierwsze, też całkiem potrafi być względne.

W grudniu jednak czas stanął na chwilę. W 2012 roku to było i muszę przyznać, że była to chwila monumentalna. Na każdym poziomie. Zatrzymała mnie w iście brawurowym stylu po czym zgrabnym kopniakiem wystrzeliła mnie na orbitę, w przestrzeni której, czas po prostu nie istniał. Jego miejsce zajął rak, a ja zostałam trzecim okiem. Obserwatorem, który czasu nie mierzy, za to oczy ma dookoła głowy i instynkt mocno wyostrzony. Kuriozalny to był moment. Czujących krew zmysłów i swoistej rozpaczy, tańczącej wariackie tango z dziwnie podejrzaną nadzieją.

Przebrnęłam przez ten moment nieistnienia czasu, zalatujący jak na mój nos wcale nie takim lekkim trupem. Dzisiaj wiem, że bardzo jest niedobrze kiedy czas tak staje bez ostrzeżenia. A jeszcze gorzej, kiedy znika. Kiedy rozpryskuje się jak bańka mydlana i już go nie ma. The Time is Gone. Dużo lepiej jest jak płynie, nawet jeśli jego upływ oznacza pomarszczoną skórę i obolałe kości. Niech sobie płynie ten czas niepokorny, szybko, wolno, jak rwąca rzeka albo górski potok, niech płynie swoim rytmem, byle w ciągłym był ruchu. Upływający czas to samo życie przecież. Najcenniejsze. I jedyne.

Pięć lat właśnie mija od pobytu na orbicie chwilowego nieistnienia. Pięć lat, które zasłużyło na Moeta w wysmukłym krysztale. Celebruję więc. Celebruję życie, patrząc na pierwszą wątrobową plamkę na mojej lewej dłoni. Pewnie za parę lat cała w plamach będę, postarzona upływającym czasem rozrabiaką, opleciona siatką cieniusieńkich zmarszczek, walcząca z każdym siwym włosem niczym Szewczyk Dratewka z wawelskim smokiem. Ale ciągle cielesna, ciągle z krwi i kości. Staruszka o gretkowskich włosach.

Bo wszystko to nic w porównaniu do orbity nieistnienia. I wiadomo, że wróciłam z niej odmieniona. Inaczej się nie da. Zresztą, inaczej to się chyba nie wraca. W tym oku kosmicznego cyklonu, w którym z szaleńczą precyzją ważą się losy życia, wszystko ma swój porządek i sens. Taki poniekąd boski. Człowiek jest tam jak projekt, jak model podlegający weryfikacji i usprawnieniu. Pozwolisz się udoskonalić, przeprojektować, to cię odeślą skąd przyszedłeś. Będziesz uparty i niemodyfikowalny, to cię zatrzymają na orbicie ad infinitum.

Głupia nie jestem, żyć mi się chciało, więc niczym najpilniejsza uczennica studiowałam nowe modele życia. Nie jest łatwo, bo nikt ci nie podpowie, które lekcje to te obowiązkowe. Masz jednak instynkt na szczęście i serce masz przecież, które wszystkie zna odpowiedzi, więc przy małym wysiłku uczysz się szybko i sprawnie. Aż pewnego dnia patrzysz na zegar i widzisz, że czas znowu zaczyna chodzić. Raz szybko, raz wolno, ale idzie ten czas do przodu. Dla mnie przeszedł właśnie pięć odnowionych, usprawnionych lat mojego życia. Fajnych pięć lat, jakościowo dużo lepszych od życia p.o. czyli przed orbitą.

Więc jeszcze raz powtórzę, tak tylko dla samej siebie…. 7 lutego 2013 roku kobieta o zielonych oczach ułożyła mnie do snu. Kiedy się obudziłam nie miałam cycków, ale chuj tam! Zrobiłam sobie nowe. W Wigilię, jeszcze tego samego roku, Wes, mój małżonek, złożył toczoną zmartwieniami głowę w mojej perfekcyjnej, silikonowej dolinie.  Dzisiaj mija pięć lat, a ja piję szampana. Wszystko jest tak, jak miało być. A czas, jak ten mały robaczek, ciągle chodzi i chodzi.

 

[WS1]s

5 uwag do wpisu “Pięć lat po orbicie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s